Ani w lewo, ani w prawo, tylko obiektywnie

To jest patologia

Na polskiej piłce nożnej w wydaniu amatorskim większe lub mniejsze pieniądze zarabiają prawie wszyscy – związki piłkarskie, piłkarze, trenerzy, sędziowie, lekarze, masażyści itd. Tylko nie ci, którzy to wszystko organizują. Najchętniej widziany w klubach piłkarskich działacz to ten, który wykona w klubie wszystko, od rejestracji w związku zawodników po wykoszenie trawy i wyznaczenie linii na boisku czy zawieszenie w bramkach siatek. A jeszcze lepiej, żeby miał dużo na rachunku bankowym, by częścią tego zasilać klub. Albo żeby umiał wyżebrać kasę od firmy, instytucji czy osób prywatnych. Może się nie znać na piłce nożnej i zarządzaniu klubem sportowym. Może mieć nieczyste intencje – na działalności w sporcie chce się lansować przed wyborami. Może być siaki i owaki. Ważne, żeby dokładał, a nie obciążał budżet.

 

Ucieszyła mnie tzw. dobra zmiana. Dobra nie dlatego, że ostatnie wybory parlamentarne wygrało Prawo i Sprawiedliwość, lecz ze względu na odsunięcie Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego od koryta. Skończyła się dewastacja naszego pięknego kraju przez układ okrągłostołowy, dokonywana w poczuciu totalnej bezkarności i przeświadczeniu o własnej sile wyborczej – rozkradanie majątku narodowego, niszczenie rodzimego przemysłu, dbałość o interesy obcych mocarstw, rozbestwienie i demoralizacja służb, dojenie Polaków przez ucisk fiskalny, wypędzanie ich za granicę itd.

Do PiS można mieć wiele uwag. Że wciąż kwitnie partyjniactwo, mnożą się synekury i posady z polecenia partyjnego w budżetówce typu „zastępca zastępcy” – jak to określił Paweł Kukiz – „macki rozrośnięte jak nowotwór”. Że wprowadzane reformy przygotowywane są naprędce, bez należytego pomyślunku, bo suweren jest niecierpliwy, skoro wybrał, to oczekuje szybkich zmian i dotrzymania obietnic, a słupki sondażowe nie mogą maleć. Że kwitnie rozdawnictwo publicznego grosza, na którym korzystają tylko zagraniczne markety, a jednocześnie trwa coraz większe dojenie podatników. Że w najlepsze postępuje medialna propaganda sukcesu gospodarczego, której nie powstydziliby się ani Jerzy Urban, ani nawet Joseph Goebbels, a jednocześnie dysproporcje między metropoliami a prowincją urastają do niebotycznych wymiarów, coraz mniej ludzi ma ochotę na prowadzenie działalności gospodarczej, ponadto Polacy nadal masowo wyjeżdżają za granicę, bo nie mają już siły na wegetację i dziadowanie w swojej ojczyźnie. Że niby poprawiają się statystyki dotyczące rynku pracy, a wydatki na fikcyjną walkę z bezrobociem i liczba posad w urzędach pracy wciąż rośnie. Można by było długo jeszcze wymieniać…

Odnoszę wrażenie, że ministerstwo sportu i turystyki kompletnie jest oderwane od rzeczywistości, jaka panuje na samym dole piramidy sportowej w naszym kraju, w klubach typowo amatorskich, z małych miejscowości. Mierzi mnie, gdy słyszę, że konieczna jest repolonizacja mediów, a jednocześnie widzę stronice w gazetach wydawanych w Polsce przez zagraniczny kapitał, zapełnione propagandowymi reklamami za miliony złotych, dumnie obwieszczającymi, ileż to kasy (nie swojej, lecz podatników) PiS daje teraz na wsparcie sportu, także tego w lokalnym wydaniu.

Dokładnie trzy lata temu opublikowałem na łamach papierowych jeszcze „Ech Roztocza” tekst, który zatytułowałem „Dość finansowania dziadostwa”. Fragmenty mojego felietonu cytował potem redaktor Maciej Polkowski na łamach popularnego ogólnopolskiego tygodnika opiniotwórczego „Przegląd”. Maciej Polkowski pisał, że ten mój tekst mógłby się ukazać wszędzie, bo na polską piłkę nożną nie można patrzeć tylko przez pryzmat PZPN i największych klubów. Słuszne spostrzeżenie. Piłkarska centrala i ekstraklasa to tylko szczyt piramidy, której fundamentem jest futbol lokalny, w małych miasteczkach i wsiach. Ten tekst wciąż jest aktualny, bo chociaż PiS chełpi się tym, że daje na sport więcej niż dawała PO, to jednak te pieniądze często są marnotrawione lub wykorzystywane niezgodnie z przeznaczeniem.

Polski sport amatorski ledwie człapie, bo wciąż jest zarządzany na wzór peerelowskich społeczników. Tyle tylko, że w czasach Polski ludowej prezes miał dobrze, jak barejowski Ryszard Ochódzki – ten, który się przemęcza dla klubu „Tęcza”, ciągle pracuje, wszystkiego przypilnuje. Taki prezes zawsze mógł sporządzić „protokół zniszczenia”, by nie martwić się tym, że w garnku nie ma już „ostatniej paróweczki”. A dziś najbardziej pożądany prezes klubu to ten, który wykona w klubie wszystko, od rejestracji w związku zawodników po wykoszenie trawy i wyznaczenie linii na boisku czy zawieszenie w bramkach siatek. A jeszcze lepiej, żeby miał dużo na rachunku bankowym, by częścią tego zasilać klub, albo umiał wyżebrać od firmy, instytucji czy osób prywatnych. Może się nie znać na piłce nożnej i zarządzaniu klubem sportowym. Może mieć nieczyste intencje – na działalności w sporcie chce się lansować przed wyborami. Może być siaki i owaki. Ważne, żeby dokładał, a nie obciążał budżet. Nic dziwnego, że piłka nożna na dole jest niekiedy fatalnie zarządzana. Zarabiają na niej prawie wszyscy – związki piłkarskie, piłkarze, trenerzy, sędziowie, lekarze, masażyści itd. Tylko nie ci, którzy to wszystko organizują i za wszystko odpowiadają. Żądamy od nich cudów, wymagamy profesjonalizmu, a jednak nie zdajemy sobie sprawy z tego, w jakich warunkach przyszło im działać. I to jest jedna z największych patologii naszej ukochanej kopanej.

Marek Sztochel
środa, 26 lipca 2017

NASI KOMENTATORZY

© Echa Roztocza 2016 WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
Wykonanie: