Ani w lewo, ani w prawo, tylko obiektywnie

Młodzi, nie dajcie się mamić bujdami, że za rządów Prawa i Sprawiedliwości jest gorzej niż w PRL

„Jestem chory od tej histerii, jaka wylewa się z mediów, jak widzę tych profesorów, którzy krzyczą o Hitlerze, Mussolinim, PRL. Ja żyłem w PRL. Młody człowiek wyobraża sobie, że jak włączał TV, to jechano po pierwszym sekretarzu. No nie, tak nie było” – te słowa Rafała Ziemkiewicza, wypowiedziane w programie Jana Pospieszalskiego „Bliżej”, przeszły już do klasyki publicystyki. Mimo wszystko opozycja nadal używa argumentu, że za rządów Prawa i Sprawiedliwości jest gorzej niż w PRL. Młodzi, nie dajcie się oszukiwać. Jak było naprawdę za PRL, powiemy Wam na przykładzie gospodarki reglamentowanej.

 

Sierpień 1989 roku był pierwszym miesiącem, gdy nie trzeba było posiadać kartek, by kupić mięso oraz inne produkty spożywcze i przemysłowe. Nastąpił wtedy kres trzynastoletniej walki Polaków o żywność, ale też przedmioty codziennego użytku, jak meble czy sprzęt RTF i AGD. Dziś w sklepach można nabyć wszystko, wszelakiej maści – w różnych rodzajach, gatunkach, odmianach i kolorach. Samej kiełbasy są w sprzedaży setki gatunków. A wolny rynek powoduje, że spada cena niektórych produktów. Jak było w czasach PRL? Puste sklepowe półki, kilometrowe kolejki i kartki, bez których nie można było niczego nabyć – to starcza za obraz Polski ludowej, do której dziś tzw. opozycja przyrównuje rządy Prawa i Sprawiedliwości. – Pamiętam, jak urodziłam pierwsze dziecko. Znajomy z pracy przyszedł do nas, do domu, żeby je zobaczyć. Przyniósł w prezencie czekoladę. By móc ją nabyć w sklepie, musiał najpierw odkupić od kogoś, kto ma dzieci, kartkę na czekoladę. Kartka kosztowała go pewnie kilka razy więcej niż czekolada. Kto nie miał dzieci, temu kartka na zakup czekolady nie przysługiwała – wspomina pani Danuta, emerytowana nauczycielka z Biłgoraja.

Baleron do obejrzenia tylko w „Misiu”

Pierwsze kartki obowiązywały w Polsce od 1976 roku. Najpierw zostały wprowadzone na cukier. Potem Polacy kupowali na kartki niemal wszystko. Były cenniejsze niż waluta, która z każdym dniem traciła na wartości z powodu galopującej inflacji. – Po ślubie kupiliśmy mieszkanie. Mąż przez tydzień spał w „maluchu” przed sklepem meblowym, by trzymać miejsce w kolejce po meble. Nie było ich jeszcze w sklepie, ale pojawiła się nadzieja, że w końcu się pojawią. Jak chcieliśmy kupić pralkę, to musieliśmy się zapisać w kolejce, w sklepie „Eldom” na biłgorajskim rynku. Żeby kupić meble czy sprzęt do gospodarstwa domowego, trzeba było posiadać książeczkę MM, wydawaną dla „młodych małżeństw” – opowiada nauczycielka z Biłgoraja, dziś już na emeryturze.

To, że ktoś miał kartkę na mięso, nie oznaczało, że mógł chabaninę nabyć bez problemów. Jeśli w sklepach pojawił się jakiś towar, to wybór na ogół był niewielki. Trzeba było godzinami stać w kolejce, by w mięsnym kupić zwyczajną, Mortadelę, salceson, kaszankę lub kawał wołowiny z kością. Schab i baleron był tylko dla miejscowej elity, tzw. klasy inteligenckiej, sprzedawany spod lady. Kto z klasy robotniczej chciał zobaczyć, jak wygląda baleron, musiał obejrzeć film „Miś”. Reglamentacji i ukartkowieniu oparły się jedynie ocet i wafle, dlatego późnym popołudniem nikogo nie dziwiło, że na sklepowych półkach były tylko te produkty. Dobrze było mieć dzieci. – Z reguły matki z małymi dziećmi na rękach obsługiwane były poza kolejnością. Z tego powodu nagminne było pożyczanie sobie dzieci. Kobiety, które nie miały dzieci, chodziły na zakupy z pociechami sąsiadów – wspomina nasza rozmówczyni. Ironią losu było to, że mięso i wędliny trudno było w pewnym okresie nabyć nawet w Zamościu, gdzie przy ul. Kilińskiego działały duże zakłady mięsne. Podróżowały więc mrówki z Zamościa do Stalowej Woli i Niska, by tam stać w kolejce przed mięsnym już od północy. – Z Biłgoraja też żeśmy jeździli za mięsem do Stalowej lub Niska – przypomina nasza rozmówczyni.

Kartka na wódkę drukiem ścisłego zarachowania

Atrybutami sklepowej z mięsnego była fryzura a la kalafior, tzw. trwała ondulacja, zakryta specjalnym czepkiem, oraz topór, nóż i nożyczki. – Jeśli o świcie do sklepu trafił towar, to zwykle dzieliłyśmy go na dwie tury – ranną i popołudniową, by sprawiedliwości społecznej stało się zadość. Do rozparcelowania mięsa potrzebny był topór. Same musiałyśmy na czas rozdzielić mięso. Było rąbanie, oddzielanie od kości, takie grubsze sprawy. Nikt nie znał krajarek do wędlin. Nikt nie kupował kilku plastrów. Mały kawał mięsa – to było pół kilograma! Podobnie z wędliną – niewiele znaczyło kilogram. Do krojenia mięsa lub wędlin potrzebny był spory nóż – wspomina pracownica sklepu mięsnego, który znajdował się w bloku na skrzyżowaniu ulicy Cegielnianej i Alei 400-lecia (dziś mieści się tam przedszkole).

Kierowniczka mięsnego do pracy wychodziła z domu o trzeciej nad ranem, bo konwojenci od wpół do czwartej przywozili towar. Mięso i wędliny były towarem luksusowym. – To był towar strategiczny. Trzeba było dokładnie przypilnować dostawy. Nawet zwykła kość, której dziś nie chciałby trącić przydomowy kundel, była tak ważna, że trzeba było ją „zafakturować”. Nic nie mogło się zmarnować albo przepaść, ani jedna kość rosołowa czy ochłapy – wspomina pracownica mięsnego z Biłgoraja. A do czego służyły nożyczki? Sklepowe po obsłużeniu klienta odcinały nożyczkami zrealizowane odcinki kartek. – Kiedyś jedna z nas nie mogła rano rozpocząć sprzedaży, bo gdzieś zapodziała nożyczki. Ludzie z długiej kolejki stracili cierpliwość. Zrobiło się zamieszanie, padły mocniejsze słowa. Musiała interweniować milicja – mówi sklepowa z dawnego biłgorajskiego mięsnego.

Między poranną a popołudniową sprzedażą, a także „po godzinach”, sklepowe mozoliły się z biurokracją. Wysypywały ze specjalnych pancernych kasetek mikroskopijne fragmenty kartek, które odcinały podczas sprzedaży. Następnie przyklejały je na kartonowe plansze. To była mozolna robota. Takie zajęcia plastyczne. Wszystko musiało się zgadzać – ilość sprzedanego mięsa i wędlin z tym, co znajdowało się na odciętych bloczkach. Jeśli nie, to sprzedawczynie miały poważne kłopoty. Bardziej przechlapane miały sklepowe w monopolowym, bo kartka na wódkę była drukiem ścisłego zarachowania. Ile flaszek poszło, tyle bloczków z kartek powinno się znajdować w pancernej skrzynce, a następnie na planszy. Jeśli czegoś brakowało, to natychmiast do akcji wkraczał prokurator. – Można było zakupić na kartkę tylko jedną butelkę wódki na miesiąc – wspomina pani Danuta.

Szczyt peerelowskiego absurdu – kartka na kartki

Wódka robiła za dobrą walutę. Znaczyła wtedy na rynku więcej, niż dziś „ojro” czy frank szwajcarski. Wszystko można było załatwić za taką łapówkę. Ekspedientki znalazły sposób, jak obejść kartkowanie. Zaczęły zgłaszać stłuczki. Przelewały alkohol z jednej butelki do drugiej, a oryginalną flaszkę tłukły. O dziwo, nie tłukły się butelki z alkoholem kolorowym, czy innym paskudztwem, tylko ze zwykłą czyścioszką. Sklepowe obciążane były kosztami, ale za to miały do dyspozycji znacznie więcej, niż jedną butelkę na miesiąc. Z czasem władza zorientowała się w temacie, więc sprawdzała czy pierścień i banderola na nakrętce nie został zerwane. Na to też pomysłowi Polacy znaleźli sposób. Bili butelki nad garnkiem z durszlakiem tak, by nie uszkodzić nakrętki. Szkło zostawało w sicie, wódka zlewała się do garnka.

Na początku ograniczeń zakupów poprzez wprowadzenie kartek władza ludowa unikała określeń typu „kartka”. To słowo kojarzyło się z hitlerowską okupacją i wojenną gospodarka reglamentowaną. Były za to bony towarowe, talony zakupowe, karty zaopatrzenia, asygnaty. Pierwsze kartki drukowane były z niezwykłą starannością, na lepszej jakości papierze, ze znakiem wodnym i innymi zabezpieczeniami. W miarę, jak PRL schodził na psy, kartki były coraz gorszej jakości poligraficznej. Wydawaniem kartek zajmowała się cała biurokratyczna machina urzędnicza. Szczytem peerelowskiego absurdu była kartka na… kartki! Z czasem wprowadzono specjalne druki, nazywane potocznie wkładkami, z którymi obywatel musiał się udać do urzędu, by otrzymać kartki na mięso i inne towary reglamentowane.

Polacy handlowali kartkami na potęgę. Zwłaszcza ci, którzy mieli dostęp do potajemnego uboju wiejskiego. Albo wegetarianie. Gdy kilogram kiełbasy zwyczajnej kosztował 12 zł, kartkę z miesięcznym limitem żywnościowym można było sprzedać za 1000 zł. Modne było także wymienianie się bloczkami z kartek. Mięso za czekoladę, wędlina za alkohol. Albo na odwrót. Pod koniec lat osiemdziesiątych na kartki było prawie wszystko, także buty, a nawet zeszyty szkolne. Rodzice nie mogli kupić swoim dzieciom więcej zeszytów, niż wyniosło szkolne zapotrzebowanie, skrupulatnie wyliczone przez władzę ludową. Dziś młodym trudno uwierzyć w to, że naprawdę tak było. W sklepach wszystkiego „do wyboru, do koloru”. Tylko kasę trzeba mieć. Ale o gotówkę też nietrudno, bo partia Jarosława Kaczyńskiego wystarała się o „pincet plus” i inne wsparcie dla rodzin. – Mówienie o tym, że dziś jest gorzej niż w PRL, to wielkie bluźnierstwo. Dziś możemy wszystko kupić. Możemy też otwarcie mówić o tym, co nam się nie podoba. W czasach PRL nikt nie odważyłby się publicznie skrytykować, np. systemu kartowego, bo z mety zostałby aresztowany przez milicję – podkreśla pani Danuta, długoletnia nauczycielka z Biłgoraja.

MaSzt
piątek, 4 sierpnia 2017
fot. Wikipedia

NASI KOMENTATORZY

© Echa Roztocza 2016 WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
Wykonanie: