Ani w lewo, ani w prawo, tylko obiektywnie

Idzie zima. Idź pan do śniegu

Kiedy myślę o tym, że ktoś wykonuje jakąś robotę, do której nie jest dobrze przygotowany, a przede wszystkim nie ma predyspozyji i talentu, to przypomina mi się scena z kultowego serialu „Kariera Nikodema Dyzmy”. – Panie, gdzież się pan uczył tańczyć? – W Łyskowie, powiat hrubieszowski! – Na Hrubieszów to pan może jesteś dobry. Ale tu jest Warszawa! Paryż Północy! Poszukaj pan sobie innej roboty. Idzie zima. Idź pan do śniegu – usłyszał Nikodem Dyzma podczas rekrutacji na fordansera. Kończy się piłkarska runda jesienna. Nadchodzi zima. Niejeden działacz piłki nożnej, trener, piłkarz i sympatyk „kopanej” zabrałby sędziemu gwizdek i posłałby go do odśnieżania.

Sędziowie piłkarscy z okręgu zamojskiego uczyli się „gwizdać” w Zamościu i na „małych” boiskach w regionie. Na Zamość i okolice powinni więc być dobrzy – idąc tokiem rozumowania rekrutera z serialu „Kariera Nikodema Dyzmy”. Nie mnie oceniać kwalifikacje i umiejętności sędziów, bo się na tym nie znam i znać się nie muszę. Chłopski rozsądek mi jednak podpowiada, że skoro sędzia ma uprawnienia do prowadzenia meczów w „okręgówce”, to prezentuje poziom sędziowania na miarę tej klasy rozgrywkowej. Gdyby był lepszy, to „gwizdałby” w IV lidze, a gdyby słabszy – to w klasie A.

Nikt zatem nie może oczekiwać, że sędzia klasy okręgowej będzie prowadził mecz tak, jak zawodowy arbiter ekstraklasy. A niestety takie są oczekiwania działaczy, trenerów i piłkarzy z klubów „okręgówki”. Normalny, zdroworozsądkowy odruch. Kibice też chcą, by piłkarze z szóstego poziomu ligowego kopali piłkę zdecydowanie lepiej. Banalna, ale jakże trafna jest uwaga, że jeśli ktoś oczekuje sędziowania na miarę ekstraklasy czy I ligi, to niech do niej trafi – albo jako trener, albo jako piłkarz.

Problem w tym, iż ktoś kiedyś wymyślił, że w klasie okręgowej musi grać szesnaście zespołów, nawet jeśli okręg ma tylko osiem czy dziesięć klubów, predestynujących do tego poziomu. Podobnie w klasie A muszą występować 24 drużyny, choć połowa z nich to wciąż B-klasowcy. Meczów co weekend jest dużo, bo przecież dochodzą spotkania w klasie B i ligach młodzieżowych, a najlepsi w okręgu sędziowie obsadzają także spotkania III i IV ligi. W tej sytuacji potrzebne są liczniejsze zasoby kadrowe sędziów, którzy prezentują poziom adekwatny do rozgrywek. I podobnie, jak wielu piłkarzy dostało papiery na klasę okręgową zdecydowanie na wyrost, tak samo mecze tej klasy rozgrywkowej muszą niekiedy prowadzić niedoświadczeni adepci sędziowskiego rzemiosła.

Nie ma zbyt wielu kozaków, chętnych do zdobycia uprawnień sędziego piłkarskiego. Kto liczy na to, że co ligowy weekend wpadnie mu do kieszeni kilka stówek, ten szybko przekonuje się, że nie jest to taki łatwy kawałek chleba, jakby się wydawało. Przede wszystkim trzeba mieć oczy i uszy wokół głowy oraz odporność na bluzgi, wyzwiska, a nawet groźby karalne. Młodsi, niedoświadczeni sędziowie nierzadko nie potrafią sobie poradzić z taką presją. Gdy usłyszą kilka uwag pod swoim adresem – często słusznych, ale zwykle wypowiedzianych w sposób urągający ludzkim obyczajom – to wpadają w panikę, i przestają panować nad tym, co się dzieje na boisku. Zwykle próbują zaprowadzić porządek, ale robią to – z braku doświadczenia i autorytetu – dosyć nieudolnie. Zdarza się, że swój błąd chcą naprawiać kolejnym błędem, jakby w obawie przed wypaczeniem wyniku spotkania. I tylko dolewają oliwy do ognia.

Młodość i niedoświadczenie ma swoje prawa. Trzeba to rozumieć. Nie każdy potrafi. Bywa, że boiskowe emocje, presja wyniku i inne okoliczności wyłączają trenerom myślenie. Zamiast pomóc opanować sytuację, tylko ją pogarszają. Zdarza się, że szkoleniowiec w ciągu całego meczu nie przekaże swoim grającym podopiecznym ani jednej rzeczowej, merytorycznej uwagi poza „co ty grasz?”, „co ty robisz?” lub „zaraz cię zmienię”, ale za to zaciekle komentuje i ocenia pracę sędziego, nierzadko w prowokującym, a nawet niecenzuralnym stylu. Całkiem niedawno dwóch trenerów się doigrało. W tym kontekście powinniśmy o nich pisać Marcin N. i Jarosław Cz. Sędziowie poczuli się znieważeni przez szkoleniowców, więc skierowali sprawę do sądu. A wymiar sprawiedliwości nie był pobłażliwy i wydał surowe wyroki – z kieszeni trenerów karnie ubyło po kilka tysięcy złotych.

A może to piłkarze są nieomylni? Może nie popełniają błędów, są doskonale wyszkoleni, bo trenują ambitnie dzień w dzień, tylko sędziowie niweczą ich wysiłki? Chyba jednak rzeczywiście warto krzyknąć parę razy głośnie i zdecydowanie pod adresem zawodników zamiast sędziego. Nie wypada stawać w obronie słabych sędziów, przeświadczonych o swojej nieomylności i wszechwładzy na boisku. Powinni się uczyć, uczyć i jeszcze raz uczyć, ale też zdobywać doświadczenie w praktyce, a nie tylko w teorii. Nie można natomiast tolerować niewłaściwego zachowania szkoleniowców, którzy są pedagogami, wychowawcami i nauczycielami. Zwłaszcza szkoleniowców piłkarskiego narybku. Przykre jest to, że chamstwo coraz bardziej galopuje w dziecięcych i młodzieżowych rozgrywkach piłkarskich.

Zachowanie osób dorosłych podczas meczów i turniejów dzieci to jedna z największych patologii, które trawią polską piłkę nożną. Dziś skrót KOR nie kojarzy się już z opozycyjnymi w stosunku do PRL działaniami robotników (Komitet Obrony Robotników), lecz z rozwydrzonymi rodzicami młodych zawodników (Komitet Oszalałych Rodziców). Jeżdżę grubo ponad 20 lat na mecze piłkarskie, rozgrywane na Zamojszczyźnie, także dziecięce i młodzieżowe. Jeszcze nie spotkałem się z sytuacją, by trener, czyli pedagog, wychowawca i nauczyciel, próbował uspokoić „zagotowanych” rodziców. Nagminnie natomiast trenerzy podkręcają atmosferę wśród publiki ciągłą krytyką pracy sędziów. Jakby dzieci grały o mistrzostwo świata. Jakby rozumiały, kiedy sędzia się pomylił. Jakby sędzia miał interes „przekręcić” drużynę dzieciaków. Paranoja!

Nie da się ukryć, że piłka nożna w polskim wydaniu często deprawuje i demoralizuje dzieci. Młodzi, obserwując zachowanie dorosłych, nierzadko swoich trenerów, czerpią najgorsze wzorce. Zdobycie kwalifikacji trenerskich w Warszawie czy innym dużym mieście wcale nie oznacza, że trener jest dobry na stolicę (Paryż Północy) lub inną metropolię. Nawet na dyzmowski Hrubieszów szkoleniowiec będzie za słaby, jeśli nie okiełzna swojego języka. A jeśli nie ma w sobie takiej siły, to powinien zmienić zajęcie. Zbliża się zima, więc niech się zajmie czymś innym, np. odśnieżaniem boisk. Amen.

MaSzt
wtorek, 1 listopada 2016

NASI KOMENTATORZY

© Echa Roztocza 2016 WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
Wykonanie: